19 grudnia 2016

24. Wrzosy

Zachęcam do zapoznania się z postem urodzinowym, wzięcia udziału w wyzwaniu i rozwiązania zagadek. PS Bardzo lubię ten rozdział... mimo że Milan miejscami wyraża się jak stereotypowy farmer. :)
..................................

Myśląc o Kasi W.
† † †
— Żadnych reklamacji... Jakżebym śmiał? No jakżebym śmiał, sir Artificemie — mruczę pod nosem, wykrzywiając twarz i czyszcząc paznokcie. Co mi innego pozostało? Robię się marudny... trudno?
Krążę po pomieszczeniu, nie nadsłuchując już, bo nie miało to żadnego sensu. Zabawa w dźwiękoszczelne pokoje, Drzewski? Nie wiem, gdzie podziać wzrok. Wszystko wydaje mi się jeszcze bardziej poprawne i poukładane niż wcześniej. Jakbym trafił do muzeum przedstawiającego współczesne mieszkanie, ale niepotrafiącego oddać głębi budynku mieszkalnego. Słyszę tykanie zegara, które nie pozwala mi zapomnieć o upływającym czasie. Mam już nie godzinę, ale niecałe pół.


Gdy przechadzam się wolno przy kuchennym blacie, zauważam kawałek szarlotki na niewielkim talerzu. Wyczuwam dobrze znaną woń. Przypominam sobie odprawianie rytuału i Lenę marudzącą, jak to bardzo nienawidzi cynamonu. Opieram się niepewnie o jedną z szafek, po czym wbijam wzrok w ścianę, na której wisi ten przeklęty zegar. Coraz mniej czasu, a wskazówki prawie się nie poruszają.
O co chodziło Lenie? Prawdziwe dane? Jakie przeniesienie się? Jaka żona? Jakie dzieci? Co ją naszło? Albo dziewczyna jest naprawdę niepozorna i ma asa w rękawie, albo z tego wszystkiego pomieszało jej się w głowie. 
Zgrzytam zębami. Piętnaście minut. No dalej, co tak długo? Nie wiem, co robić. Wolę nie psuć humoru Drzewskiemu przez wparowanie do gabinetu. Jednak zupełnie nic nie słyszę i nie mam pojęcia, co Artificem mógł z nim ustalić. Świetnie. Uzależniłem się od niepoważnego Anioła Stróża po czterdziestce i dziwnej, półżywej dziewczyny. Z pewnością daleko na tym zajadę...
Oczy same mi się zamykają, a to dopiero początek służby. Najchętniej rzeczywiście, jak polecał Ty, rzuciłbym się na kanapę i odpłynął. Mogłem zrobić to wcześniej, bo, w przeciwieństwie do lunatykującej Leny, śpiący jestem nieszkodliwy.
Członkowie wesołej ferajny mają niewiele czasu — zaraz nie wytrzymam, poddam się i wejdę tam, bezceremonialnie oświadczając, że na mnie już pora. Sam Drzewski by się zapewne zdziwił, bo szanowny pan genetyk prawdopodobnie nie nawykł do traktowania go jak przeciętnego Kowalskiego, wokół którego nie krąży Ziemia. Nie przewiduję jednak innego scenariusza, jeśli Ty i Lena nie wrócą w ciągu dziesięciu minut. Obiecałem coś sobie — kolejny raz nie nadstawię karku, nie zjawiając się nad jeziorem Szeherezady. Chociaż te obietnice składane samemu sobie postaram się dotrzymywać. Skok na głęboką wodę? Być może.
Przeklęte tykanie zegara tylko potęguje dopadającą mnie presję czasu. Czuję ciepły oddech na szyi, ogień niemal sięgający kostek — aż włosy na karku stają mi dęba. Co zrobię? Co zrobię, jeśli blokada przeciw teleportacji jest obustronna? Nie zdążę nawet pokonać połowy tunelu, nim wybije północ. Jeszcze pięć minut. Trzysta pulsujących sekund, którym zachciało się wyścigów. Idealnie. Jak zawsze. Już nawet czas przeszedł na drugą stronę, pozostawiwszy mnie z uczuciem pustki i syndromem żebraka, który wciąż pragnie ściskać w dłoniach coś, co mu na zawsze odebrano. 
Zegarek może się spóźniać, teoretycznie spieszyć też  ale Vivere żyje w swojej perfekcyjnej Szwajcarii i mogę przejechać się nawet na kilkuminutowym spóźnieniu. Nie jestem już jej, nie ma prawa zwać się moją panią, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że ta Queerini tak łatwo nie rezygnuje z łupów. Zwłaszcza jeśli owym łupem jest Anioł Ciemności, któremu zdaje się, że poradzi sobie bez niej. Naiwne szczenię?
Zdecydowałem — idę. Gram na czas — wiem. To nic nie da — rozumiem.
Ostatni raz spoglądam na ścienny zegar, nie mając pojęcia, dlaczego czas zaczął tak dziwnie płynąć. Szło za dobrze, szło nam po prostu za dobrze... Biorę głęboki wdech, poprawiając instynktownie skórzaną kurtkę, i kieruję się do gabinetu Drzewskiego. A co jeśli się zdenerwuje? Jaki sens ma zasada pozwalająca tylko na dwóch klientów w pomieszczeniu? Znalazł się genetyk-introwertyk? Czy może rzeczywiście zalicza się do geniuszy, których nawet nie warto próbować zrozumieć?
Wtem rozlega się huk, któremu towarzyszy o wiele bardziej zaskakujące i problematyczne trzęsienie. Kolejne trzaski drażnią moje uszy. Nie przywykłem do podobnych zjawisk... Podpieram się o ścianę, nie chcąc się przewrócić. Nogi mi drżą, a w gardle rośnie gula. Przez chwilę mam jeszcze wrażenie, że wszystko wiruje. W głowie aż się człowiekowi kręci... ale nie jest tak źle, bym nie potrafił doczłapać się do drzwi prowadzących do gabinetu. Jedną ręką wciąż się podtrzymuję. Widzę już normalnie, ale, idąc, nadal się chwieję, i staram nie pogrążyć się we wrażeniu, że podłoga zaraz się rozstąpi.
Co się dzieje? Może zaraz znów zacznie grać niegrająca pozytywka? Dlaczego reszta nie reaguje? Mój dar szwankuje i obraca się przeciwko mnie? Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci?*
Gdy jestem już blisko, ktoś otwiera drzwi z idealnym wyczuciem czasu — dostaję z klamki w nos. Żadnego chrupnięcia, wszystko w porządku, mam nadzieję, nadzieję... Kląc pod nosem i łapiąc się za poszkodowaną część ciała, odsuwam się, aż uderzam plecami o ścianę. Wiele bym dał, by pozbyć się tego paraliżującego mrowienia w kolanach.
Z opóźnieniem rejestruję, jak Ty na mnie wpada. Opiera dłonie obok moich ramion, obejmując niczym kochanek, i głośno dyszy. Jest tak blisko, że czuję jego wodę kolońską.
— Montero, zabiłeś Abla i teraz świat siedmiokrotnie nam oddaje czy co? — sapie anioł, przecierając mokre czoło. Spluwa, nie przejmując się niczym. — Musimy iść...
— Co? Co tam się stało? Ten huk, trzęsienie... — odparowuję, o dziwo go nie odpychając.
— Cholerni mózgowcy! — rzuca Artificem, niewyraźnie przez ściśnięte gardło. — Cholerni, cholerni. — Kilkukrotnie uderza pięścią w ścianę.
Nie doczekując się sensowniejszego i bardziej zrozumiałego komunikatu, wymijam Ty'a, schyliwszy się i odzyskawszy nagle pełną władzę w zdradliwych nogach. Jestem zdeterminowany, by dowiedzieć się reszty. Szybko przekraczam próg gabinetu, żeby nie było już odwrotu od tej decyzji.
Rozchylam usta i wciągam powietrze, zobaczywszy zdemolowane pomieszczenie, wybite okno — z kawałkami szkła w środku — i Lenę pochyloną nad ciałem Drzewskiego. Wyczuwam mdlącą woń świeżej krwi.
— Zabiła go?
Podskakuję, słysząc gardłowy szept Artificema tuż przy uchu. Cholernie bezszelestne poruszanie się wyszkolonych aniołów...
— Co? Jak to zabiła? Ccoo... — mruczę, kręcąc głową. 
Przybliżam się i spoglądam na pobladłą twarz genetyka. Z ust mężczyzny wypływa strużka krwi, a szyję i okolice obojczyka przebijają fragmenty okiennej szyby, niczym szklane ostrza.
— Jak pan się naprawdę nazywa? — szepcze Lena jak w transie, już nie pochylając się, ale klękając. — Mieszkał pan po Lux? Ma pan żonę? Dzieci?
Rozglądam się po gabinecie, z niepokojem przyglądając się porozrzucanym przedmiotom i przewróconym, mniejszym meblom. Jak? Jak? Przed moimi oczami pojawia się twarz Miki. Tak, szkolenie. Tak, kontakt z odpowiedniczką. Tak, Vivere. Tak, telekineza.
— Nie chciałam — zapewnia Lena. Zasłania dłonią usta, a jej ciałem wstrząsa szloch. — Ja nie... Naprawdę, ja... Nie rozumiem. — Łka i widzę, że z trudem powstrzymuje się od gryzienia własnych nadgarstków.
— Hej, hej — woła anioł, pochodząc bliżej. Próbuje pocałować jej czoło, ale jedynie dotyka rozchylonymi i dygoczącymi wargami skóry dziewczyny. — To... nie twoja wina. — Mikler zaczyna płakać na dobre, z przerażeniem wpatrując się w martwego lekarza. — Weź się w garść, no!
— On umarł... umarł i nie żyje — mówi Lena, machając dłońmi, by się uspokoić i panować nad oddechem.
— No co ty, do cholery, nie powiesz?! Jeszcze pewnie zabity na śmierć, co? Kto by pomyślał! — prycha Stróż, nerwowo rechocząc i głaszcząc podopieczną po włosach. To w jakimś stopniu zabawne.
— Czy ktoś mi... — próbuję walczyć o swoje trzy grosze.
— Nie teraz, wiejemy — zarządza Artificem. — Wypieprzyłem honor do śmietnika.
— Nie moż... — protestuje dziewczyna.
— Ale co tu si... — zaczynam kolejny raz.
— To była jego wina i musi... — zaczyna anioł.
— A jak to on? Po co pytałam? — Mikler jest coraz bardziej przerażona.
— Jaki on? — dukam.
— No weź się garść — rozkazuje zniecierpliwiony Artificem, zupełnie mnie zignorowawszy. Lider od siedmiu boleści.
Ty nie myśli na tyle trzeźwo, by przypomnieć Lenie, że ściągnęła rękawiczki i nie powinna zamykać Drzewskiemu oczu. Sam się za to biorę i łapię nastolatkę za wątły nadgarstek, ostrożnie jak przy nierównym starciu z rachitykiem.
— Boże, ale żeście się dobrali... Teleportujmy się, zanim nas tak zastaną jego ludzie — proponuje Artificem tonem nieznoszącym sprzeciwu, więc nie traktowałbym tego jako propozycji, ale rozkaz.
— A Llleu? — dopytuje się Lena, pociągając nosem i stając. Łzy kapią po jej łagodnie zarysowanej brodzie. W głosie dziewczyny nie wyczuwam strachu, ale, o dziwo, troskę.
— Jezu, jaki Lleu? Masz, kobieto, paranoję — odpowiada gniewnie Artificem. — Trzeba przekupić tego sklepikarza, lepiej nie zacierać tu śladów. Dobra... Dalej, złap mnie za rękę albo sam...
— Właśnie? Jaki Lleu? — mamroczę zdezorientowany. — Cholera, jezioro... Sami teleportujcie się do schronu. Ja muszę...
— Zapomnij! — odparowuje anioł. — Nie ma mowy. 
— Nie zostawiaj nas — prosi Lena, podchodząc mnie z drugiej strony. Standardowo sięga po marchewkę, choć kij kusi i kusi. 
— Ojcze? — rozlega się młody, chłopięcy głos i skrzypnięcie drzwi.
— Wrócę! — wołam szybko, nie oglądając się za siebie, by nie rozmyślić się po zobaczeniu dziecka. Ostatnie, co rejestruję, to Ty przygarniający do siebie Lenę.
Przez drżenie i bicie się z myślami, ledwo udaje mi się skupić na konkretnym miejscu i się teleportować. Nie zdziwię się, jeśli coś pokręciłem i wyrzuci mnie na odludzie... Różnie bywało.
Oddycham z ulgą, przeniósłszy się nad dobrze znane jezioro. Żadnych wątpliwości — jest noc — więc czas rzeczywiście płynął inaczej, gdy pokonywaliśmy podziemne tunele prowadzące do mieszkania Drzewskiego. Czas wziąć się do pracy. Rozprostowuję ręce, próbując je rozruszać. Nie mam jednak zamiaru bawić się w przebieranki i przewoźnika na wzór Charona, więc tylko rozglądam się za wiosłami, a gdy znajduję je oparte o pień drzewa, ruszam w stronę łódki. Raz, dwa, trzy, cztery. Cienkie gałęzie łamią się pod naporem moich adidasów, a źdźbła trawy i trzcina szeleszczą przez spory wiatr.
Zanim docieram do brzegu jeziora, słyszę kobiecy głos:
— To pan?
Kogo tu przywiało? Zaraz... znam go. To było do przewidzenia... Próbując nie okazywać targających mną emocji, odwracam się, zacisnąwszy mocniej dłonie na mokrym wiośle. Nie jestem zaskoczony widokiem bladej, piegowatej twarzy, którą okalają krótkie, ciemne włosy. Wprawdzie te elementy wizerunku nie uległy zmianie, ale poprzednim razem w oczach kobiety nie widziałem wyzierającego smutku. 
— Pamięta mnie pan? — pyta. Wydaje się taka niewinna, ale staram się pamiętać, że skądś wie o moim układzie z Vivere, a takich informacji nie sprzedają na bazarach. — Wróciłam. 
— Nie byłem pewien, czy zdecyduje się pani na to — mówię powoli, ostrożnie dobierając słowa. Staram się zachowywać neutralnie. — Nikt, kto przedostał się na drugą stronę...
— Nie mam już do kogo wracać — przerywa mi. — Mąż jest wszystkim, co trzyma mnie przy życiu, i zaryzykuję, jeśli istnieje choć cień szansy, że się uda. Tęsknił pan kiedyś za kimś tak bardzo, że był... że był w stanie poświęcić wszystko?
Ignoruję pytanie, choć jakaś część mnie pragnie podzielić się odpowiedzią na nie. 
— Ale naprawdę nikt... — znów nie jest mi dane dokończyć.
— Dlaczego zawsze pan to powtarza? Nawet gdy nie widzi w tym sensu? — pyta kobieta.
— Kiedy człowiek ma zasady, czuje się bardziej... ludzko — stwierdzam, nie wiedząc do końca z jakiego powodu. — A kiedy już się jest człowiekiem, chyba warto spróbować być ludzkim, prawda? I wiem, że prawdopodobnie nie powinienem o nic prosić, ale, czy mogłaby mi pani coś powiedzieć?
Brunetka marszczy czoło, otuliwszy się mocniej płaszczem i zapiąwszy go pod samą szyję. Wiatr targa jej ciemnymi włosami — przypomina mi kogoś w tej chwili, ale nie mogę złapać myśli, która mną kieruje. Nie czekam na odpowiedź, widząc, że kobieta mogła źle zrozumieć moje słowa.
— Jak miał na imię?
Może to był błąd. Rozdrapałem ranę i posypałem ją solą? Ale musiałem wiedzieć, bo kiedy ktoś, nie robiąc nic, ma pewien wpływ na twoje życie, chcesz go poznać. Tylko że odebrano mi taką możliwość. Albo sam ją sobie odebrałem.
Teraz jak na złość sekundy płyną wyjątkowo wolno. Myślę o tym, jak wrócę do schronu i od razu się położę, odkładając rozmowę z resztą na jutro. Nieźle namieszali z Drzewskim, ale to nie temat na dziś. Krzyżuję wzrok z towarzyszką, choć jej smutek jest dobijający. Czekam jak na skazanie... Wydano wyrok:
— Aleksander.

† † †
Z zapewne wymalowanym na twarzy niezrozumieniem, świdruję Lenę wzrokiem. Próbuję skupić się na jej bladej twarzy, przede wszystkich na oczach. Niczym więcej. Zaczynam kręcić machinalnie głową, nim dociera do mnie, że to nie najlepszy pomysł.
Zacisnąwszy zęby i głęboko odetchnąwszy, przestaję się ruszać. Czekam na rozwój wydarzeń. Czuję się jak klaustrofob, któremu wydaje się, że ściany się przesuwają, by wkrótce go zmiażdżyć.
— Gdzie byłeś?
Ledwo słyszę te słowa. Docierają do mnie kilkukrotnie, czymś na kształt pogłosu. Ale pomieszczenie nie jest puste. Znajduje się w nim wprawdzie tylko nasza dwójka, ale otaczają nas liczne meble. Jednak to wszystko nie ma znaczenia. Sceneria powinna usunąć się w cień. Liczą się tylko oczy Leny, w które staram się wpatrywać, aby odciągnąć myśli od całej reszty.
— Gdzie byłeś? Gdzie byłeś, Kainie? — pyta Lena, nie dając się pożreć emocjom, które z pewnością ewoluowały już na sporych rozmiarów pytona. I tym razem pytania się dublują, i dublują. Zostaję zaatakowany całym korowodem słów. — Kainie?
Uparcie wpatruję się w jej oczy. Przynajmniej próbuję, bo, choć to przerażające, wciąż mnie coś mierzwi i mierzwi, kusząc, bym nie mógł się nie przyjrzeć bliżej strojowi dziewczyny. Nie byłem w innych przedziałach, nie byłem... Nie byłem, ale słyszałem... Słyszałem wiele, słyszałem zbyt wiele i nic więcej mi nie potrzeba. Nic więcej, bym domyślił się, o którym ośrodku mowa.
— Gdzie byłeś, Kainie? Gdzie jest brat twój? — dodaje Lena. 
I tym razem żadnego pogłosu, nawet echa. Jeden, zwarty komunikat, który ukryła w tych pytaniach. Nie mniej, nie więcej. Czuję zimny pot spływający po twarzy. Uginają się pode mną kolana, ale nie zamierzam na nie paść i wznosić modłów ku niebu.
Ona wie.
Oni wiedzą.
Wszyscy wiedzą.
Już się nie powstrzymuję. Jawnie mierzę wzrokiem Lenę, skupiając się na nowym, pasiastym stroju, który niemal na niej wisi. Nawet nie pominięto nakrycia głowy i odpowiedniej numeracji. Och, czyż nie w takim komplecie przybył do nas Lee Moriaty? W takim, w takim.
— Opowiedz mi... — mówię cicho, zaskakująco zręcznie panując nad głosem.
To nie zmiana tematu, ale zupełne pogrążanie się. Przybicie gwoździa do własnej trumny, bo to lepsze niż leżenie w otwartej i narażanie się na obserwacje tłumu. Tłumu drącego poranne gazety, zatapiającego je w szkarłatnej krwi i tworzącego wymowne biało-czerwone konfetti — wyjątkowe fanfary na wyjątkową okazję.
Lena jest jak duch... jak duch bardziej niż zwykle. Stoi przede mną niczym upiorne widmo przeszłości. Nie odpowiada, przestaje zadawać pytania. Gdybym nie był słaby, zamknąłbym oczy i zapomniał o jej istnieniu. Gdybym nie był...
— Opowiedz mi... Chciałbym poznać zakończenie, zanim wszystko runie jak domek z kart, grzebiąc w gruzach nawet króla i królową — powtarzam, próbując być bardziej wiarygodny.
— Ty jesteś tym królem? A kto królową? — zagaja, nawet bez cienia drwiny.
— Nie... i nie wiem — odpowiadam od razu, by w to nie zwątpić. — Jestem tylko...
— Sługą? Który uwolnił się od Queerini, ale nie do końca? Sługą niemającym odwagi znaleźć nowego pana, choć tak bardzo tego pragnie? — proponuje Lena.
— Może... to bardzo... nietypowe królestwo — mamroczę, czując, jak znów drżą mi dłonie. Zaczynam skubać skórę wokół paznokci, z nikłą nadzieją, że nie zadrapię się do krwi. — Opowiedz mi baśń, historię, proszę...
— Cierpliwości, noc jeszcze młoda — zapewnia dziewczyna, po czym siada po turecku na podłodze. O dziwo, jak to zwykle bywa, nie wzdryga się przez zimno, na które wciąż się nie uodporniła mimo bycia zawieszoną. — Teraz ja proszę, usiądź. Będziemy rozmawiać. Jak równy z równym. 
Niezupełnie panuję nad własnym ciałem. Mój umysł ledwo rejestruje, jak wykonuję polecenie i przyjmuję tę samą postawę co towarzyszka.
— Kto jest kim na tym dworze? I całym królestwie? — zadaje kolejne pytanie.
Jest cierpliwa, to się nie zmieniło. Drobnymi dłońmi gładzi materiał pasiastej szaty. Nie powinna być pasiasta, ale w łaty... Czarno-biała i w łaty jak w Sto jeden dalmatyńczyków. Pamiętam, jak owa książka przykuła moją uwagę. Tak to bywa ze sklepowymi wystawami w księgarniach.
— Iker nadaje się na medyka, prawda? — zaczyna Lena. Zachowuje się jak nauczycielka, która musi naprowadzić ucznia, by ten zaczął myśleć i snuć własne przypuszczenia. — Zgadzasz się ze mną?
— Tttak... Tak. a Mika trenuje armię. Tak, nadaje się do tego... Podejrzewam, że już w dziecięcym kojcu wzięła się za spartańskie wychowanie młodszego brata... Ty to dworny stańczyk — opowiadam, wyobrażając sobie wszystko. — Lee Moriaty jest kucharzem... przez żołądek do serca... ach, to zdrowe odżywianie się medyków. Luelle dopiero się szkoli, nie jestem pewien na kogo.
Wzdrygam się, gdy odrywam kolejny fragment naskórka i docieram za głęboko.
— A ja? — Lena domaga się uwagi. — Kim jestem?
— Ciebie nie ma... — szepczę, wbijając wzrok w swoje dłonie. Przypominam sobie, jak Mikler miała je poharatane po przeglądaniu wspomnień jej mamy... gdy szlochała, gryząc skórę do krwi. — Nie ma, nie ma... 
Czy wszystko musi być takie skomplikowane? Przeszłość zawsze udaje się w pościg za winowajcą? Nie powinna być miłosierna i wybaczać? Chociaż ona? Karma wraca, ale dlaczego z prędkością światła i podwojoną siłą? To jeszcze można podpiąć pod sprawiedliwość czy już pod krwawy odwet?
Czuję na swoim policzku zimną, pokrytą bliznami dłoń Leny. 
— Jestem. 
Wiem swoje, ale nie będę się spierać. Przecież nie wygram z czymś, z czego nie ma, ani z czymś, co jest tylko wytworem mojej wyobraźni i istnieje jedynie w mojej głowie, bo powinienem potrafić tym sterować. 
 — Opowiedz mi... Dokończ wczorajszą historię, bo chcę poznać zakończenie. Opowiedz i zacznij nową, a daruję ci życie... do kolejnej nocy — precyzuję. — To ty powinnaś tego chcieć... opowiadać kolejne baśnie, przerywać je i tak bez końca... Powinnaś...
 — Jestem zmęczona — wyznaje Lena. — Tak bardzo zmęczona... Wszystko mi już obojętne. To twoja decyzja, nie będę protestować. 
Kiwam wolno głową, jakby mówiła o pogodzie. Zauważam, że nie siedzi już po turecku, ale obejmuje swoje nogi i opiera brodę o jedno z kolan. Przechodzi mi przez myśl, że wolałaby przytulić się do kogoś. 
— Tylko powiedz, jak kończy się ta wczorajsza... muszę to wiedzieć — zaczynam błagać, zupełnie zapomniawszy o obojętnym tonie i graniu drania. — Powiedz mi, Szeherezado...
Dziewczyna zaczyna się niespiesznie cofać. Tylko przez chwilę myślę, że wyjątkowo idiotycznie ucieka, śmiesznie sunąc. Potem widzę, jak podciąga kolana jeszcze wyżej, po czym opiera się o ścianę.
— Kłamali. Oni wszyscy kłamali — stwierdza, niemal szepcząc, jakby to miała być nasza słodka tajemnica. — Nie wszyscy zginęli. Kilku zakonnikom się udało, a, uciekając, zabrali ze sobą dziecko. Mieli szczęście i wychowywali go w innym klasztorze, daleko stąd... Chłopiec rósł, rósł jak na drożdżach... i jego wyjątkowe włosy także rosły, a równie wyjątkowe oczy hipnotyzowały.
— I co później? Co było, gdy dorósł? — pytam, nie zmniejszając dzielącej nad odległości, by nie spłoszyć Leny.
— Zrobił to, co do niego należało. Wrócił tu, znalazł przewodnika i mu pomógł — dokańcza dziewczyna sennym głosem. 
— Jak? — pytam. Chyba zbyt głośno, bo Mikler jeszcze bardziej się kuli i zaczyna dygotać. — Jak mu pomógł?
— W okresie dojrzewania z trudem panował nad drzemiącym w nim pełnokrwistym Queerem. Gdy znalazł tego anioła, rozerwał mu gardło i wypił cenną krew — precyzuje Lena. — Skrócił jego cierpienie, myśląc, że gdyby mieli więcej czasu, to przewoźnik mógłby go pokochać. 
Budzę się, leżąc w poprzek posłania i zaciskając dłonie na kocu. Czuję metaliczny posmak na języku. Układam dłoń w pięść, a po chwili kaszlę najciszej, jak potrafię. Następnie przyglądam się chwilę sąsiadom. Denerwuje mnie to, jak smacznie śpią, nietargani przez przeszywające do głębi koszmary. Dłużej zatrzymuję się na Lenie, gdyż znów dopadają mnie skojarzenia. Dlaczego, Śnieżko, dlaczego, nie dałaś mi ugryźć tej samej połówki jabłka? Tak byłoby lepiej dla nas wszystkich.
Odwracam się, by leżeć twarzą do Miki. Czuję czyjś wzrok na plecach. Przechodzą mnie dreszcze. Dobrze, że mam tylko prowizoryczne posłanie, bo inaczej zaglądałbym nieustannie pod łóżko, by sprawdzić, niczym dzieciak, czy nikt się tam nie czai. Głupie przedziały, głupie drugie szanse i głupia Vivere. Zamykam oczy i obejmuję się ramionami, chociaż wiem, że tej nocy już nie będzie mi dane zasnąć. 
Widmo przeszłości. Obok mnie. Śpi. Ale one nigdy nie śpią. Czuwają z piekącymi łzami zaschniętymi na policzkach, które niedługo otrą, by unieść dumnie głowę i powstać jak feniks z popiołów. 


.............................
*Słowa Georgesa Dantona. 

20 komentarzy:

  1. Rozdział powiem, że szczerze jest nawet długi. Nie wiem kompletnie czemu, odczuwam tu troszkę przerost formy nad treścią? Nasz dotąd opanowany sługa Vivre, staje się, aż za bardzo ludzki. Coś co przypuszczałam parę rozdziałów wcześniej, zmienia się przez nowych towarzyszy? Troszkę jak mój Sasuke z Naruto. Może do końca będzie zły? Nawet w ostatnim rozdziale? A potem w dodatku okaże się, że odkupił swoje winy. Dwadzieścia lat później.
    Wesoła ferajna? Ciekawe określenie. Myślę, że nasz dawny kolega, nie czułby presji czasu, a teraz jednak na niego oddziałuje i to dość silnie. A my przeważnie czujemy presję czasu, jak czegoś się boimy, bądź nie chcemy, mieć to za sobą. Więc wcale nie chce tam być, tak do końca. Trudno go rozgryźć, ale chyba o to chodzi, prawda?
    Ja spotkałam się ze słowami "rewolucja, pożera własne dzieci". Taka była w moim podręczniku, przy rewolucji francuskiej.
    Przypadkowy związek z "Montero, zabiłeś Abla i teraz świat siedmiokrotnie nam oddaje" a "Gdzie byłeś, Kainie? Gdzie jest brat twój?" - Wątpię.
    Przypomniał mi się tekst z polskiego pod deseń "Umarł na śmierć" takie poprawne. Jak Montero odbiegał, a wpadał chłopczyk, przypomniało mi się jak trudno zagrać na scenie taką dynamiczną scenę xd Ja miałam schodzić ze sceny wołając do głównej bohaterki "Jakoś się zgadamy" a w tym samym momencie na scenie miała wbiec nauczycielka, a główna bohaterka krzyczeć "oddajcie mój telefon". To nie jest takie proste :D
    W sumie nie za bardzo wiem, jak się odnieść do sytuacji z jeziora, więc chyba to pominę. Wybacz.
    Moriato, zaczyna trochę świrować, co? W końcu sny to część naszej podświadomości. Co jak co, ale ja dawno nie miałam koszmarów. A koszmary to to czego się boimy. A strach nie jest dobrym towarzyszem. Coś czuję, że on to za niedługo, sam się wyda.
    Więc cóż, do następnego rozdziału? Przepraszam za taki poślizg i mam nadzieję, że pojawią się tu komentarze <3
    P.S - mam dziwne wrażenie, jakby zaraz w kolejnych rozdziałach miało się wydarzyć coś super hiper ważnego, lub epickiego ^^


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jakoś mi dłuższy wyszedł, jakoś 3300 słów... rozpisałam się w tamtą noc. Już kiedyś stwierdziłaś kiedyś przerost formy nad treścią. Pamiętam, że przeglądałam rozdział, by zobaczyć, dlaczego odniosłaś takie wrażenie... i doszłam do wniosku, że chyba tak już piszę, skupiam się bardziej na emocjach, przeróżnych nawiązaniach i czasem nie chodzi o to, co się dzieje, ale jak, z czym się kojarzy i jak to wpływa na bohaterów, jak reagują, co ich zmienia... Wiesz, jak z Milanem bywa... wiem, kim jest, jak go wykreowałam, ale to bardzo sprzeczna, niejednoznaczna postać i staram się to zaznaczać. Że nie jest dobry, wiadomo, ale też nie znowu jak najgorszy drań. Księgę III. zaczniemy od takiego wjazdu w przeszłość Milana, że... Co do wesołej ferajny... pamiętasz, skąd Milan to podłapał? Od Vivere, ona tak powiedziała. I fajnie by było dostrzegać też takie powiązania... jak Vivere ma na niego wpływ, choć taki nikły, to jednak coś oznacza. Jakby przyznał jej rację: tak, idealnie to określiłaś, punkt dla Ciebie, pani. Czy o to chodzi? Myślę, że tak... na pewno w sporym stopniu. U mnie była taka jak w tekście, też, wiadomo, przy rewolucji francuskiej. Wiadomo, różne przekłady, pominięcia. Tu nie ma przypadków i zbiegów okoliczności... Hah, u mnie też się nabijali z reklam i: zabija owady na śmierć. Hah, do napisania też nie, bo czasem wychodzi za bardzo chaotycznie. Oczywiście, nie czujesz potrzeby skomentowania, zrozumiałe. Tu, jak w Kotku, chodzi o uczucia. Też jakoś koszmarów ostatnio nie mam, w ogóle snów jakoś nie pamiętam, cóż...
      Nic się nie stało, cieszę się, że dotarłaś. I ja też żywię głęboką nadzieję, heh. W końcu tylko sześć rozdziałów do końca księgi III... powoli trzeba się szykować... wiesz, że lubię cliffhangery. :)

      Usuń
  2. Też lubię ten rozdział! :D Mimo że jest dość specyficzny, taki poetyckim prawie, bym rzekła...
    No, ale co? Tyle marudnego Milana w jednym miejscu <3 No miód dla mojej duszyczki! Lubię tego kolesia, lubię zdecydowanie. Trzeba przyznać, że wytrwały z niego gość. Gdybym znalazła się na jego miejscu, pewnie już w połowie tego "posiedzenia" wdarłabym się do środka, bo mi się spieszy! Fakt, faktem zdążył nad to jezioro, ale to co po drodze zaszło... Kurczę, mam taki mętlik w głowie! Bo co zrobiła Lena? Tego ogarnąć w stanie nie jestem - wybacz! Ale przyznać muszę, że te teksty "umarł i nie żyje" oraz "zabity na śmierć" rozbawiły mnie niesamowicie ;)
    Ha! Więc wiemy kim był/jest (?) Aleksander. Ten sen Milana był przerażający, choć nie wiem, czy bardziej nie przeraziło mnie to, że może stać się on rzeczywistością.
    Bo jaki mamy dowód na to, że ten Aleksander zginął? Może sen jest prawdziwy? Wtedy marny los Milana... Kurczę.
    Pojawiło się jeszcze więcej niewiadomych, więc jeszcze bardziej niecierpliwie czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, miło. No specyficzny jest... mało takiej... normalnej fabuły, a dużo bawienia się i tej kochanej symboliki, bez której, tradycyjnie, się nie obeszło. Ale Milan ma wzięcie, nie słabnie, a nawet rośnie sympatia czytelników do niego. W sumie jeszcze nie było czego ogarniać, bo wszyscy nie ogarniali. :) Ale nie omieszkam w 25. zamieścić rozmowy o tym wszystkim i tak dalej.
      Ze snami jest jak z dystopiami/antyutopiami... najbardziej przerażające są wtedy, gdy wierzymy, że kiedyś coś takiego może nam się przytrafić.
      Dziękuję za komentarz i życzę miłego wieczoru. :)

      Usuń
  3. *.*
    Ten rozdział niezmiernie mi się podobał. Najprawdopodobniej przez słowa go kończące i te tzw. mądrości, które znalazły się w tekście. Te końcowe, odnośnie przeszłości, zwłaszcza do mnie jakby trafiły/poruszyły. Uwielbiam takie zagrania :3 nie tylko suchy tekst, ale i głębia. Anielsko <3
    Sen Milana bardzo interesujący i skłaniający do refleksji nad jego postacią. Sądzę, że był to jeden z tych rodzai snu, który przedstawia rzeczy i fakty o nas samych i naszych podświadomych potrzebach, o których, albo nie mamy pojęcia, albo nie zastanawiamy się nad nimi na co dzień. Zastanawia mnie jedynie, dlaczego Milan przypisał role każdemu (kucharz, medyk itd.) a o Lenie powiedział, że nie istnieje. Dlatego, że jest ona w przedziale samobójców, czy dlatego, że nie żyje (albo żyje tylko znalazła się zawieszona między światami, nadal ciężki mi się połapać, ale planuję w wakacje raz jeszcze to przeczytać, od początku. Czasami nie dostrzega się czegoś za pierwszym razem heh).
    W ogóle co stało się Lenie, że zabiła tego gościa? Dostała jakiegoś napadu Vivere? Czy to jest coś w rodzaju... hipnozy? Zastanawiające... Tak samo jako to, że Ty zapytał się Milana czy zabił Kaina, a później we śnie, Lena pyta się mówiąc o nim jak o Kainie, gdzie jest Abel. Nie wiem czy to jakiś zbieg okoliczności i nie jest to w żaden sposób ze sobą powiązane, czy też ma to jakieś ukryte znaczenie. (Myślę, że jednak coś w tym jest, bo raczej nie zastosowałabyś czegoś takiego bez celu ;3 )
    I dodaję ten rozdział do moich ulubionych z Twojego bloga :3 jest taki tajemniczy, bardziej niż pozostałe :3
    ANIELSKO KICIA :D

    "— Montero, zabiłeś Abla i teraz świat siedmiokrotnie nam oddaje czy co?"
    HAHAHAHAHA WYGRYWA WSZYSTKO HAHAHAHAHA
    "— On umarł... umarł i nie żyje — mówi Lena, machając dłońmi, by się uspokoić i panować nad oddechem.
    — No co ty, do cholery, nie powiesz?! Jeszcze pewnie zabity na śmierć, co? Kto by pomyślał! — prycha Stróż, nerwowo rechocząc i głaszcząc podopieczną po włosach. To w jakimś stopniu zabawne."
    A ten fragment ma drugie miejsce na podium AHAHAA

    Rozdział cudny!!!!!! Boski!!!!!! :D
    Pozdrawiam i Wesołych Świąt ;*
    anielskie-dusze.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I znowu Ty, i znowu ja, hah. Zacznę od końca... w przerwę świąteczną biorę się za zaległe komentowanie. Do Ciebie na pewno też wpadnę i nadrobię. Obiecuję, jeden z priorytetów, aniele. :)
      Sny zawsze mnie fascynowały, a narracja Milana nadaje się do zagłębienia w nie jak mało która. Ale Iker też jest zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią, był nawet w tym samym przedziale, a jednak mu Milan coś przydzielił, więc... :) Wyjaśni się. A wiadomo, jak bywa ze zbiegami nie-zbiegami okoliczności... Haha, miło. Anielski komentator. :) Haha.
      Dziękuję jeszcze raz i jeszcze raz życzę wesołych świąt. Niedługo widzimy się u Ciebie, postaram się coś sensownego napisać.

      Usuń
    2. Hej :3
      Przybywam z zapytaniem, co jest z Twoim drugim blogiem? Wiem, że czas nie jest niczyim sprzymierzeńcem heh...
      Generalnie chciałam zapytać, czy reaktywujesz go w wakacje na przykład? :)

      PS: Odpisałam Ci na komentarz u mnie :)

      Usuń
    3. Witam. Którym blogiem? Powiem tylko, że niczego nie porzucam, tylko po prostu do ukończenia księgi II skupiam się głównie na Kici, a gdy będę zajmować się jej korektą, poświęcę więcej czasu pozostałym opowiadaniom.

      Usuń
    4. Chodziło mi o odwaga-gwiazd.blogspot.com
      Czekam na rozwinięcie akcji w tym cyrku hah

      Usuń
    5. Odwaga gwiazd również zalicza się do projektów, których nie porzucam. Zapewniam. :)

      Usuń
  4. „w przeciwieństwie do lunatykującej Leny, śpiący jestem nieszkodliwy”
    Umm, to jakoś aluzja?
    Gdzieś w fragmencie o Milanie jako łupie Vivere napisałaś „Aioł Ciemności”. Gdzieś też było „nad” zamiast „nas”.
    Zwrócę Ci też uwagę, że powtarza Ci się często to wredne ledwie-słowo „się”. A to rzuca się w oczy (i uszy przy głośnym czytania, hehe).
    Lubię sen z Leną i jej postać tam. Takie... umm... działające na wyobraźnię.
    Lubię zakończenie. Czy Milan właśnie porównał Lenę do feniksa? Tak czy tak, (feniks) Śnieżka zaczyna wydawać mi się interesującą i nawet trochę wyraźniejszą postacią. Tak, im mniej postaci, tym jej więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla Leny byłoby najlepiej, gdyby Milana dopadła jakaś klątwa snu, hah. Ostatnio coś mi się literówki nie podkreślają, ech. A z (się) walczę, bo to tak automatycznie mi się wszędzie wtrąca. Takie zdesperowane, potrzebujące uwagi słowo.
      Im mniej postaci, tym jej więcej... Mhm. :)

      Usuń
  5. Teraz to już się totalnie zgubiłem, co prawda pomiędzy rozproszyły mnie dzieciaki, ale nie o to chodzi. Masz specyficzny styl i brakuje mi w twoim opowiadaniu tego, by bohaterowie mówili co tak naprawdę się dzieje. Oni widzą jakieś wydarzenie, opisują je, mówią, w sensie że z sobą rozmawiają, ale niczego nie tłumaczą i dla kogoś komuś świat tego ff jest obcy niektóre wydarzenia są całkiem niejasne, niezrozumiałe. Poetyckość poetyckością, symbolika symboliką, ale łatwo w niej przesadzić. Uważam, że ty odrobinkę przesadziłaś, przez co odbiór twojego tekstu jest nie tylko trudny, momentami jest wręcz niemożliwy jeśli nie zna się kanonu.Ja np kompletnei nie wiem o co chodzi w tym rozdziale. Przeczytałem go dwa razy (za pierwszym rozproszyły mnie dzieci) i w cholerę wcale mi się to nie wiąże z poprzednią częścią czyli powrotem nad jezioro i zabiciem lekarza.Jakby czegoś pomiędzy brakowało. Lena o coś pyta, ale tak naprawdę nie wiadomo o co, on czuje się zakłopotany, ale ja nie wiem dlaczego. Fajnie, gdy jest symbilika, gdy czytelnik musi się czegoś domyślać, ale jeśli musi się domyślać wszystkiego, to trochę bezsensu, bo zadaniem autora jest jednak przekazać pewien obraz w taki sposób, by czytający mógł zrozumieć, pojąć, a nie czuł się tak jakby ktoś dał mu dwumetrowy, poplątany sznur i powiedział "rozwiąż" bez żadnej wskazówki, albo ze wskazówkami, które też są ukryte i poplątane.
    Po tym rozdziale myślę, że Milan jest bratem Leny, ale czy myślę dobrze to nie wiem, bo tak jak mówię tu jest sama plątanina i brakuje mówienia niektórych rzeczy wprost.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Specyficzny styl specyficznem stylem, ale chyba rzeczywiście muszę trochę nad tym popracować, bo to żadna przyjemność z czytania, gdy czytelnicy się gubią. Przy zielonej Lenie było łatwiej, bo i ona nie rozumiała, więc wychoziło inaczej. Może trochę, cóż... to opowiadanie bardzo opiera się na symbolice. Może trochę właśnie za bardzo...

      Usuń
  6. I jak przypuszczałam, jednak pojawiły się kłopoty u Drzewskiego. Ten pierwszy fragment, jak Milan tak czeka i czeka... przypomniał mi się Raphael Santiago, mówiący: "Tick-Tock, people"
    I ten Alexander... to mąż tej kobiety? dobrze zrozumiałam?

    A ten sen... przyznaje się, że mało co z niego zrozumiałam, więc przeczytałam ten fragment jeszcze raz... no i nadal wydaje mi się to takie zagmatwane :(
    Lena wydaje się w tym śnie taka upiorna - jeszcze te ubranie: pasiasta szata... i numeracja? - trochę aż mnie ścięło, bo w głowie pojawił mi się osoba z obozu nazistowskiego. Upiorne... wiem.. Zastanawia mnie, dlaczego nazwała Milana Kainem... wiem, że to sen, ale chyba raczej mamy tutaj do czynienia z jakąś podświadomością, gdzie kryje się rąbek prawdy. Ogólnie zastanawia mnie więź łącząca jego i Lenę - nie zapomniałam, że to przez niego dziewczyna posunęła się do samobójstwa.

    Do następnego spisania, groszu :* I zapraszam również do siebie na nowości ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raphaela uwielbiam i chłonę wszystko, co o nim, ale nie kojarzę sceny, w której tak powiedział... O Aleksandrze wolę nic nie mówić, by nie wypaplać za dużo.
      No był zagmatwany... bo to sen, prawda? Sny nie są logiczne. I dobre skojarzenia.
      Heh, do następnego, wpadnę, wpadnę. :)

      Usuń
    2. Raphael mówi to pod koniec drugiego odcinka pierwszego sezonu "Shadowhunters", gdy porywa Simona ;)
      I chyba mamy takie same odczucia co do DA, bo i ja uwielbiam Maleca i Raphaela... przeczytałabym nawet coś z jego perspektywy ;P

      Usuń
    3. Aaaa, już nie pamiętam, hah. Oooo.

      Usuń
  7. Hej :)
    No, to teraz jeszcze bardziej ciekawi mnie, co tam stało się z Drzewskim. Przypuszczam, że Lena zaczęła przesłuchiwać go nieco za intensywnie, chociaż w sumie u Ciebie to niczego nie można być pewnym. Podobał mi się ten chaos, gdy Lena i Ty wyszli od Drzewskiego, a Milan próbował się dowiedzieć, co właściwie się stało. Już dawno tak bardzo nie utożsamiałam się z tym, co bohater czuje. :) Ale bardzo dobrze udało Ci się oddać całe to zamieszanie.
    No, pojawił się "kolejny" Aleksander. Wyczuwam jakiegoś sporego plot-twista w tym temacie. Może tylko zdradzisz, czy wyjaśni się to w tej księdze? ;)
    Za oniryzmem aż tak bardzo nie przepadam w zasadzie od czasów liceum, więc w ostatniej scenie dość szybko się pogubiłam, no ale widać, że coś Milana męczy. Zastanawiam się tylko, czy Lena przybrała formę wyrzutów sumienia Milana, czy też może ona jest głównym obiektem zainteresowania. Przypuszczam, że jednak to pierwsze skojarzenie bardziej pasuje, zwłaszcza przez nazwanie Milana Kainem, no i przez to bardzo jednoznaczne ubranie Leny.
    I na koniec jeszcze jedna uwaga: strużka, nie stróżka.
    Pozdrawiam serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej. :)
      Oo, heh, cieszę się. Wyjaśni się w tej księdze, na pewno. Och, dzięki, poprawię.
      Dzięki za komentarz, także pozdrawiam.

      Usuń

W blogosferze jest naprawdę miło, gdy szanujemy się nawzajem i doceniamy czyjąś pracę. :)

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
http://kot-z-maslem.blogspot.com/