31 sierpnia 2017

1. Wróble

KSIĘGA I: KRONIKI TCHÓRZA

„Karmisz szaleństwo, a ono żywi się tobą” — przyśpiewka Rumpelsztyka z Once upon a time1.

† † †

Poranki bywają zaskakujące, ale trzeba być mną, by z samego rana martwić się wątpliwą przynależnością do istot żywych. Błądząc dłońmi po tułowiu, w wyjątkowo idiotyczny sposób sprawdzam, czy wszystko jest na swoim miejscu. Żelazna logika gra pierwsze skrzypce. Żadnej krwi w tych okolicach. Brak dziur. Tylko jedne poderżnięte gardło. Gdyby chodziło o dwa, to dopiero byłby problem. Desperackie szukanie pozytywów?

 Próbuję wziąć głęboki wdech, lecz tylko nadymam się jak ryba. Poruszam palcami u dłoni, które posklejała ta przeklęta maź. Ocieram ręce o spódnicę, starając się ignorować cierpki zapach krwi wciąż wiszący w powietrzu. Nie powinnam go tak wyraźnie czuć jako zadeklarowany alergik.
Jakie to ma w tej chwili znaczenie?
Przez chwilę siedzę po turecku, a wzrok wbijam w podłogę. Jest ona lodowata i pokryta szarawymi płytkami w drobne kwiaty. Całkiem przyjemne dla oka. Wyglądają na drogie, więc albo się nie znam, albo znalazłam się w nie pierwszym lepszym miejscu.
Zaciskam dłonie na jasnozielonej koszuli w krokodyle. Nie pamiętam jej, ale wygląda na taką, którą z uśmiechem na twarzy wybrałabym w galerii handlowej. Miedzianobrązowe plamy ułożyły się wyjątkowo sugestywnie — przy pyszczkach umieszczonych na ubraniu zwierzaków. Unoszę ręce i trzymam je tak nieporadnie przez dłuższą chwilę. Cokolwiek, cokolwiek, byle nie dotykać nimi szyi. Aż przechodzą mnie dreszcze. Poprawiam kołnierzyk oraz ciemną narzutę, pielęgnując wizerunek zombi-hipisa. Znów zginam i rozprostowuje na zmianę palce. Bo co mogę zrobić?
Potrząsam gwałtownie głową. Co się dzieje? Dlaczego mój refleks szachisty — od dawna budzący politowanie — wszedł na zupełnie inny poziom? Myślę i reaguję z prędkością godną pożałowania. Zamiast robić cokolwiek potencjalnie pożytecznego tkwię w bezruchu, czekając na gwiazdkę z nieba. Książę na białym koniu ma widocznie problem z ujarzmieniem rumaka albo skręcił w nie tę polną dróżkę między drzewami. Tak, Lena, jeszcze zacznij się nad sobą użalać, z pewnością pomoże.
Zaciskam zęby, po czym powoli wstaję. Irytujące mrowienie w lewej nodze sprawia, że muszę podeprzeć się ręką o ścianę. Głupie mrówki. Staram się rozruszać ścierpniętą kończynę. Stoję tak, wyjątkowo niepewnie, patrząc przed siebie. I co teraz, księżniczko na ziarnku grochu?
Zwyczajny, opustoszały korytarz nic mi nie mówi. Aby kupić te przeklęte płytki, zaoszczędzono na całej reszcie? To dopiero surowy wystrój — Spartanie czuliby się jak u siebie. Sama mam skojarzenia z domem. Ale wariatów. Dzięki Bogu za światło sączące się z wiszących nade mną, podłużnych lamp. Sufit jest wyjątkowo wysoko, więc nagie ściany wydają się jeszcze bardziej surowe.
Śmiertelna cisza aż drażni uszy, póki nie przerywa jej moje teatralne westchnięcie. I co teraz? W którą stronę iść? Czuję się jak półgłówek. Myśl, dziewczyno, myśl. Dziwna sytuacja od tego nie zwalnia. Trzeba wziąć się w garść i stawić czoła problemom.
 Jest tu ktoś?  pytam odruchowo.
Przypominam sobie znajomych naśmiewających się z bohaterów horrorów, którzy zadają infantylne pytania tego pokroju. Zupełnie jakby morderca miał odkrzyknąć: Tak, jestem Horacy i planuję cię zabić! Właśnie zamawiam pizzę. Chcesz zjeść wspólnie swój ostatni posiłek? Moje nastawienie określałyby raczej słowa: Jeśli mówimy o straszakach, bohater idiotyczny to bohater realistyczny.
Szukać wyjścia w samotności czy dalej próbować znaleźć bratnią duszę? Kto wie, na kogo można trafić w takim miejscu? Może lepiej siedzieć cicho i udawać, że się nie istnieje, niczym Harry Potter w ciasnej komórce pod schodami? No chyba że się ma zaawansowaną klaustrofobię. Wtedy nawet to odpada.
Dziewczyno, nie panikuj. Widocznie poderżnięte od ucha do ucha gardło o niczym nie przesądza. Jak na martwą jesteś, groszku, wyjątkowo irytująca.
Zmieniam pozycję, by to plecami podeprzeć się o ścianę. Tak, bezpieczniej. Lepiej osłaniać tyły. Masuję pulsujące skronie, w których dudni krew. Dlaczego to te kłopotliwe oznaki życia muszą się utrzymywać? W zasadzie mogło być gorzej. Znów mam ochotę dotknąć szyi, wiedząc, że palce napotkałyby świeżą krew. Bóg jeden wie, skąd się ona jeszcze bierze. Niezasklepiona rana nie zmienia swojego statusu. W moim wykonaniu nawet wykrwawianie się przypomina partię szachów. Czy po tym wszystkim ja nadal szukam sensu?
Nogi mam jak z przysłowiowej waty, ledwo nimi poruszam. Na dokładkę potrącił mnie autobus? Wiodę wzrokiem dookoła w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby pomóc. Nagie, jasnoniebieskie ściany nie są szczególnie pomocne. Myślenie w zwolnionym tempie okazuje się tak męczące, że chyba wolałabym w ogóle nie używać mózgu.
Ocieram mokrą twarz, jakbym domagała się policzków umazanych krwią. Drugą dłoń trzymam przy sercu. Ani drgnie. Robię drobny krok do przodu. Oczy same mi się zamykają. Najchętniej wróciłabym na podłogę i do pozycji płodowej. Wymierzam więc sobie otrzeźwiający policzek. Żadnego bólu, nawet delikatnego pieczenia — tylko uczucie jeszcze większego otępienia. Brawo, Lena.
Jedną ręką nadal podtrzymuję się ściany, tak dla pewności. No to chodźmy… w lewo? Sunę powoli, jakbym miała zasnąć. Jedna, druga, jedna, druga. Nie takie trudne? Zaciskam usta w wąską kreskę. Ta cała moja determinacja prezentuje się nieszczególnie okazale. Zanim jakakolwiek informacja dociera do mojego mózgu i zostaje przetworzona, mija sporo czasu. 
 Zgubiłaś coś.
O mój Boże. Niemal podskakuję jak spłoszona sarenka, słysząc cichy pomruk za sobą. Zeszłabym na zawał, gdybym jeszcze mogła.
Przez chwilę towarzyszy mi myśl, że może lepiej w ogóle się nie oglądać, tylko od razu czmychać, gdzie pieprz rośnie. Gdybym chociaż wiedziała, czy udanie się w którąkolwiek ze stron ma sens. Mimo wszystko odwracam się z zaintrygowaniem, nie zapomniawszy zacisnąć zębów. Czego się spodziewać? Gorzko pożałuję?
Przede mną stoi zakapturzona postać w długiej, prawie ciągnącej się po ziemi, ciemnej pelerynie. Bycie śmiertelnie przerażoną już mi nie grozi, więc mimo wszystko przyglądam się towarzyszce z rosnącym niepokojem. Na wychudzoną, trupio bladą twarz padają cienie. Sine usta drżą, a, gdy spoglądam w zasnute mgłą oczy, czuję, jakbym nawiązała kontakt wzrokowy z trupem. Jednak nie to powinno mnie najbardziej martwić. 
 Kim jesteś?  dyszę.  Nie… nie rozumiem. Ja… jestem tu czy tam? A to gardło, um? To po prostu… dziwne.
 Gdybym powiedziała, że Anielicą Śmierci, co byś pomyślała?  odpowiada dziewczyna z moją twarzą.
Nawet głos się zgadza. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, ale teraz dobrze go słyszę. Szaleństwo.
 Że już powinnam wąchać kwiatki od spodu  dukam.  Prawdopodobnie.
Dziewczyna wyciąga rękę. Jej palce są szczupłe i długie  niczym u pianisty albo złodzieja. Moje kojarzą się raczej z ofiarą edukacji wczesnoszkolnej. Oto pierwsza różnica. Nie wiem, czy chcę poznać wyjaśnienie.
 Co to ma być?  pytam, wskazując na swoje gardło.
Towarzyszka spogląda na mnie z politowaniem i marszczy brwi, a ja w milczeniu czekam na werdykt. Taksowanie wzrokiem sobowtóra potrafi wciągnąć. Moje prawe ucho też tak bardzo odstaje… to znaczy, jeszcze bardziej od drugiego? Dlaczego patrzę na takie głupoty?
 Fachowo wykonana robota  ocenia dziewczyna, rozciągając usta w upiornym uśmiechu.  Byłoby miło, gdybyś raczyła mnie posłuchać.
Byłoby miło, gdyby coś się wreszcie wyjaśniło. Z dwojga złego wybieram los świadomego półgłówka.
 Twoja?  wyduszam z siebie w końcu.  Twoja fachowo wykonana robota?
Coś utrzymuje mnie w bezruchu  nie mogę lub nie chcę nawet drgnąć. Nieznajoma wyciąga powoli rękę i wskazuje miejsce za moimi plecami. Marszczę odruchowo brwi, lecz podążam za wskazówką, po czym wbijam wzrok w wytypowany fragment podłogi. Dostrzegam niewielki, srebrny łańcuszek. Podnoszę go z zaciekawieniem, po czym odpowiednio obracam. Na niewielkim trójkącie wygrawerowano A.M. Litery są zapisane prostą, wyraźną czcionką.
Szczerze? Nic specjalnego. Może mieć jedynie wartość sentymentalną. O co się więc rozchodzi? 
 To nie moje  tłumaczę, nie podnosząc wzroku, tylko nadal wpatrując się w subtelną ozdobę.
 Twoje  z pewnością stwierdza sobowtór. Gdy na niego spoglądam, widzę, jak kąciki niemal śliwkowych ust unoszą się nieznacznie.  To inicjały, Leno Mikler. Wiesz czyje, tylko odrzucasz ten fakt. Taka kapryśna cecha natury człowieka, moja droga.
W mojej głowie automatycznie zapala się ostrzegawcza lampka. Wykonuję niewielki krok do tyłu. Czuję mrowienie w nogach. Nie jestem pewna, czy podświadomość zaleca mi ucieczkę, czy podsyca zainteresowanie niecodzienną sytuacją. Zaciskam dłoń na naszyjniku  paznokcie wbijają się w skórę na nadgarstku, a ja masochistycznie tęsknię za bólem z tym związanym.
 Kim… jesteś, skąd mnie znasz? To w zasadzie nie jest takie dziwne w porównaniu do naszego gardła, mojego stanu i tak dalej.. — kontynuuję monolog, jak gdybym znalazła się w teleturnieju, którego uczestnicy w ciągu minuty muszą złożyć jak najwięcej zażaleń oraz wiarygodnie przedstawić obawy. 
 I ja mam się w tym odnaleźć?  prycha dziewczyna. — Dużo pytań, bardzo dużo. Zawsze sądziłam, że ludzie tracą mnóstwo czasu na niepotrzebne pytania. Jakby oczekiwali, że odpowiedź przyjdzie sama, od razu, zrozumiała i jasna jak słońce. Ale ty chyba nie jesteś naiwna, prawda?
 Tak dla pewności… mam poderżnięte gardło?  pytam, nie wiedząc, czy próba uśmiechnięcia się mnie nie pogrzebie.
Sobowtór kiwa powoli głową.
 I to ty nie wiesz, jak się odnaleźć?  parskam.
Rozglądam się dookoła, ale korytarz nadal świeci pustkami, a głośny wrzask mimo wszystko jest niewskazany. Próbuję wyczytać coś z twarzy dziwacznie ubranej towarzyszki. Anielica Śmierci? Poważnie? Bawimy się w tradycyjne fantasy? Aż człowiekowi włosy na karku stają dęba. 
Dziewczyna wygląda, jakby urwała się ze spektaklu o Hrabim Drakuli. Jej twarz, o zgrozo, wygląda jak moja, ale jednocześnie wydaje się zupełnie obca. Te zaciśnięte usta, przymrużone oczy i nieschodzący cień złośliwego uśmiechu  nie dla mnie.
O czym sobowtór wcześniej mówił? Muszę to sobie poukładać, nie stać w miejscu. Spokojnie, Lena, dasz radę. 
— Od pytań wszystko się zaczyna — szepczę pod nosem i zaczynam się niemiłosiernie trząść. 
Absurdalne sytuacje rodem z Alicji w Krainie Czarów? Idealna okazja do popełniania jeszcze bardziej irracjonalnych pomyłek! 
— Pomożesz mi czy mam iść dalej? Szukać kolejnego sobowtóra czy coś. To bardzo… dezorientujące? A ty wszystko komplikujesz swoją… aparycją? Oczywiście możesz ubierać się, stylizować, jak chcesz i tak dalej, rzecz jasna, mieć czyjeś twarze i w ogóle. Swojej przecież nie opatentowałam.
— Sugerujesz, że ubrałam się nieadekwatnie do sytuacji? — pyta, taksując wzrokiem swoją pelerynę i całkiem niewinnie wzruszając ramionami. — Lepiej bawić się w Dzieci Kwiaty skąpane w posoce?
— Może bym odpowiedziała, gdybym… wiedziała jaka to sytuacja? Tobie szkoda życia na pytania, a mnie na rozmowy, które nic nie wnoszą. Pomożesz mi?
Dłonie mi się trzęsą, nerwowo zaciskam je na spódnicy niczym zestresowane dziecko podczas pierwszego występu. Dobrze pamiętam mamę powtarzającą przed apelami: Zostaw tę spódniczkę w spokoju. Nie kręć jej, nie podwijaj, bo to nieładnie. Czuję jednocześnie słodkie i bolesne ukłucie w sercu. Gdzie moja rodzina? Czy ich spotkało coś równie zwariowanego? Wyobrażenie małej Luizy z poderżniętym gardłem przywołuje nową falę nieprzyjemnych dreszczy.
— Powiedziałam ci więcej, niż myślisz — zapewnia dziewczyna. — Zmarli nie mają prawa głosu. Ale czujesz się całkiem żywa? Założysz ten naszyjnik czy mam sobie jeszcze trochę poczekać? Może Lena Mikler oczekuje specjalnego zaproszenia? — Wzdycha teatralnie, marszcząc sugestywnie brwi.
I kto tu powinien mało kulturalnie, teatralnie westchnąć?
Nie zamierzam powtarzać bez końca, że łańcuszek nie należy do mnie. Po prostu zawieszam go na szyi, nie wiedząc właściwie, dlaczego to robię. Chyba nie tylko dla świętego spokoju. Wtem doznaję dziwnego, wręcz patetycznego, uczucia — odnoszę wrażenie, że dopiero teraz biżuteria znajduje się we właściwym miejscu. Blisko mojego serca.
— Współpraca popłaca, moja droga — przypomina karcącym tonem zawiedzionej nauczycielki, która spodziewała się więcej po jednym z uczniów. Jej blada, koścista dłoń nurkuje w ogromnej kieszeni kuriozalnej peleryny. Po chwili zostaje wyciągnięta i wysunięta do mnie. O dziwo, pusta. — Mam poprowadzić cię za rękę, młoda damo?
— Znów młoda damo? Jaki to ma sens? Jesteś mną — rzucam. — Przynajmniej w pewnym sensie.
Wychodzi moje zerowe doświadczenie z rzekomymi Aniołami Śmierci. Zaraz zacznę bać się sekt. Czekam na reakcję — słowną lub nowy ruch, cokolwiek. Jednak dziewczyna nie ma zamiaru odsunąć ręki.
— Koniec z propozycjami — postanawia nagle sobowtór. — Chwyć ją, po prostu. Jestem tu, by ci pomóc
—  Więc powiedz mi, co się dzieje. Tak na dobry początek, jak bardzo martwa jestem i gdzie moja rodzina.
— A gdzie ma niby być? — prycha towarzyszka. — Żadnych zbiorowych cyrków. To nie Klub samobójców.
— Oglądałam ten film — przypominam sobie.
— No co ty nie powiesz? — Słyszę kolejne lekceważące prychnięcie.
Wtem coś do mnie dociera.
— Hej, jak to samobójców?
Brak reakcji. Rozglądam się dookoła. Czego oczekiwałam? Nagłej zmiany scenerii? Odsieczy? Tego mało rozgarniętego księcia? Czeka na mnie jedynie wyciągnięta dłoń. 
— To… konieczne?
Wykonuję kolejny krok w tył, machinalnie unosząc rękę w kierunku naszyjnika. Może powinnam go zdjąć? Może należy do niej? Może to jakiś dziwny prezent, coś osłabiającego? Nie, żadnego fantasy, ogarnij się, Lena. Potrząsam głową i wydaję z siebie krótkie westchnięcie.
— Nie rozumiem… — niemal szepczę, niespokojnie wiodąc wzrokiem dookoła. — Boże, narzekam jak dewotka, ale to nie do zniesienia. I nieśmieszne.
— Nikt się nie śmieje — rzecze grobowym tonem, ale z jej miny wyczytuję, że jest gotów pójść na ugodę, jeśli mogę ująć to w ten sposób. W oczekiwaniu przysuwa bezkrwistą dłoń jeszcze bliżej mnie.
Przeklinając w myślach własną głupotę, biorę nieznajomą znajomą za rękę. Czuję się jak naiwne dziecko, które złapało się na sztampowe zaproponowanie podwózki do domu. Spodziewam się lodowatej skóry przyprawiającej o dreszcze, ale zostaję mile zaskoczona. Od dłoni dziewczyny bije przyjemne ciepło, tak kolidujące z groteskową aparycją.
— O czym myślisz? — zadaje krótkie, acz wymowne pytanie, ściskając nieznacznie moją dłoń.
Jakaś część mnie nagminnie powtarza jak mantrę komendę: Wiej! Trudno się dziwić. Jeszcze nie jest za późno — kolejna dodaje swoje trzy grosze. To zupełnie nielogiczne — wtrąca się nawet ta pragmatyczna cząstka.
— Nie jestem pewna — odpowiadam szybko, wiedząc, że zawsze, gdy długo się namyślam, jeszcze bardziej nie wiem, co oznajmić. — O wszystkim i o niczym? Chaos i pustka?
— Ciekawy z ciebie rozmówca, młoda damo — stwierdza rzeczowo, kiwając z aprobatą głową. Na upiornej twarzy kwitnie delikatny, jakby stonowany, uśmiech sympatii. — A co widzisz? Tego także nie jesteś pewna? Szala przechyla się w stronę chaosu czy pustki? Równowaga nie istnieje. To brednie dla głupców… idealistów, którzy nawet w złu chcą widzieć pożytek.
Tylko młoda damo i młoda damo... A co ja widzę? Nie muszę chociażby pokrótce rozejrzeć się po korytarzu. Pamiętam aż nazbyt dobrze wysokie ściany, pojedyncze krzesła i stoliki, gdzieniegdzie tablice ogłoszeń czy niewielki strumień światła w głębi holu.
— Szpital. Wydaje się zwyczajny, ale coś jest nie tak. Nie chodzi o tę ciszę, opustoszenie i mój stan. Po prostu dałabym sobie głowę uciąć, że coś nie gra i to na poważnie. Gdyby nie to, nie rozmawiałabym z tobą, a już z pewnością nie założyłabym znalezionego naszyjnika i nie trzymałabym cię za rękę. — Na chwilę przymykam oczy. Czuję napływające do nich łzy, ściska mnie w gardle. — Gdy mówię to na głos, wydaje się jeszcze bardziej niedorzeczne.
— Zamiast rozkręcać dramę, zwróciłabyś uwagę na drzwi — doradza, zaciskając usta w wąską kreskę.
Nie potrafię odgadnąć, co kryje się za beznamiętnym wyrazem tej nieprzeciętnej twarzy. Musi coś wyrażać, jak każda.
Zanim pytam: Jakie drzwi?, rozglądam się dookoła, by nie wyjść na nierozgarniętą. Chyba już za późno. Wzdycham z irytacją pod nosem, gdy dostrzegam rząd drzwi. Nie było go wcześniej, tego jestem pewna. Pojawił się ot tak na zawołanie? Może ekscentryczna nieznajoma to tylko wytwór mojej upośledzonej wyobraźni?
Tłamszę chęć uszczypnięcia się w rękę, ponieważ wiem, że to bez sensu. Wykrzywiam mimowolnie twarz, kierując wzrok z powrotem na towarzyszkę.
— Które wybierasz? — pyta, ręką pokazując na pięcioro drzwi umiejscowionych w niewielkich odległościach przy przeciwległej ścianie. — Śmierć naturalna? Choroba? Wypadek? Samobójstwo? Morderstwo lub zabójstwo?
To głoszą pomalowane na biało tablice. Krwistoczerwony kolor napisów przywodzi mi na myśl same przerażające rzeczy. Za dużo myślę o śmierci, powinnam skupić się na życiu.
— Proszę, to n a p r a w d ę mnie nie śmieszy — jęczę ochryple.
— Mnie także. N a p r a w d ę — deklaruje, wzdychając, jakby ze znudzenia. — Wybieraj. Myślę, że pierwsze spokojnie możesz sobie odpuścić.
Złudzenie pęka jak bańka mydlana. Siła, która wcześniej trzymała mnie w ryzach, nie daje już rady. Kręcę głową z niedowierzaniem, nienaturalnie szybko mrugając oczami i bez słowa wyjaśnienia wymijając towarzyszkę. Próbuję iść szybko, ale obraz przed moimi oczami staje się coraz bardziej niewyraźny. Podążam jednak dalej, zacisnąwszy mocno zęby i znalazłszy w sobie resztki ikry, które wcześniej drzemały.
Nic się nie zmienia, korytarz ciągnie się w nieskończoność. Słyszę głos dziewczyny, chyba mnie woła. Wprawdzie nie jest nachalna i szczególnie zacięta. Zaciskam dłoń na naszyjniku, mając ochotę zerwać go jak najprędzej. Jednak  pewna kwestia się nie zmienia i nie jestem w stanie pozbyć się ozdoby, bo czuję, że wiele dla mnie znaczyła. Może nieznajoma znajoma w jakimś stopniu ma rację? Nie wszystko składa się na potworne kłamstwo? A.M.? Kto to mógłby być? I jeszcze ten Klub samobójców...
W zamyśleniu wpadam na… Z moich ust wydobywa się gardłowy wrzask, którego nie zdołałam powstrzymać. Sobowtór marszczy czoło z politowaniem, a ja nerwowo taksuję otoczenie. W oczy rzuca mi się stojąca w kącie miotła.
— Nawet nie próbuj, tylko zrobisz sobie krzywdę, znając życie — ostrzega, a żal bije od niej nachalnie. — No wiesz, potkniesz się po drodze czy coś. Jak to ty.
Zdumiewa mnie zróżnicowanie jej składni, jakby na osobę zakapturzonej składało się kilka urozmaiconych wcieleń.
— Jeśli mi zaraz nie wytłumaczysz, o co chodzi w tym wszystkim, zacznę krzyczeć — zapowiadam drżącym głosem, czując się jak wyjątkowy imbecyl.
— Po pierwsze, tłumaczę. Po drugie, czy masz powód do krzyku? — odbija piłeczkę, uśmiechając się lubieżnie. Przechodzi mnie kolejna fala nieprzyjemnych dreszczy. — Poza tym, widzę, że okolice gardłowe nie są twoją mocną stroną... Po prostu wybierz drzwi. Możesz próbować po kolei je otwierać, kiedyś trafisz.
Ze zrezygnowaniem podchodzę do drugiej pary, wbijając wzrok w wymowny szyld: Choroba. Próbuję uspokoić galopujące myśli, które krążą wokół śmierci. Makabrycznych jej odsłon, stosów ciał i nieludzkich eksklamacji.
— Wiesz, o które chodzi, prawda? — pytam, choć jeszcze nie wiem, co przez to rozumiem.
Gdy spoglądam pokrótce na towarzyszkę, widzę, jak kiwa głową. Wysyłam mu jednoznaczne spojrzenie: To dlaczego nie możesz mi po prostu powiedzieć i zakończyć ten cyrk?
— Ale ja nie jestem martwa — mówię.
— Otwórz drzwi — upiera się dziewczyna.
— Rozmawiam z tobą. Jak ktoś całkiem żywy. 
— Otwórz drzwi.
— To nie jest normalne. Nie tak miało być.
— Otwórz drzwi.
— Nie jestem martwa.
— Otwórz drzwi.
— Nie jestem martwa.
Nie odpowiada przez dłuższą chwilę, więc naciskam na klamkę. Drzwi ani nie drgnęły, więc próbuję jeszcze raz. Opcja Choroba wydawała mi się wcześniej całkiem prawdopodobna. Tylko to gardło... Przyłapuję siebie na niedorzecznym myśleniu o tym, że hasła dotyczą tego, jak umarłam. Stanowczo za dużo książek fantasy. Żadnych opcji, to tylko jakaś chora gra, a ja poruszam się naprzód. 
Podchodzę do kolejnych, bez słowa oznaczającego sprzeciw czy zdziwienie. Chcę mieć wszystko jak najprędzej za sobą. Nie mogę sobie przypomnieć, co robiłam wcześniej, czego dotyczyło moje ostatnie wspomnienie. Wszystkie zlewają się ze sobą, niczego nie jestem pewna. Który dziś mamy? Chociaż jakiś miesiąc? Mam świeżo skończone szesnaście lat? 
Wypadek. Ostatnimi czasy często mają miejsce. Prędzej tłumaczyłyby poderżnięte gardło, znając mój pech. To muszą być te drzwi, nie ma innej opcji, o cokolwiek by nie chodziło. Błądząc myślami przy rodzinie, próbuję je otworzyć, ale także tym razem bezskutecznie. Z zawiedzeniem idę dalej, unikając wzroku towarzyszki. Czuję się niepewnie — świadoma prowadzeniu przez niego uważnej obserwacji.
Samobójstwo — odczytuję w myślach. Już mam kontynuować marsz, pomijając ten przystanek, gdy coś mnie zatrzymuje. Nigdy nie mów nigdy. Dopada mnie wspomnienie filmu Klub samobójców. Nie muszę nawet wyciągać ręki — drzwi otwierają się same z cichym łoskotem.

1 - Wciąż nieudolnie i bezowocnie szukam autora tego utworu, więc na razie niech zostanie chociaż coś takiego.

6 komentarzy:

  1. A więc zaczynamy od początku.
    Osobiście uważam, że to świetny pomysł, wychodzi to na dobre i moim zdaniem u Ciebie to widać. Technika 1 rozdziału bardzo się zmieniła. Nieco wyraźniej widzę pewne rzeczy niż poprzednio. Jak na przykład to poderżnięte gardło, jak i tajemnicza postać o twarzy Leny... Bardzo to interesujące :)

    Życzę dużo weny, groszku, i do następnego! <3<3
    Pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się niezmiernie.
      Dziękuję, do kolejnego, trzymaj się, groszku. :)
      PS Twoje profilowe wygrało dzień. :)

      Usuń
  2. Trochę czasu minęło odkąd ostatnio czytałem jakiś Twój tekst i przyznam się, że już trochę tęskniłem za Tobą. Muszę Ci przyznać, że z wersji na wersję ten początek jest coraz lepszy. Pamiętam kilka lat temu jak czytałem jedną z wcześniejszych wersji. Na tym przykładzie wyraźnie widać jak bardzo rozwinęłaś się literacko od tego czasu! Mam nadzieję, że ta wersja będzie już tą ostateczną :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło słyszeć. Wszyscy mamy taką nadzieję.
      Także pozdrawiam, i Ciebie dobrze czytać. :)

      Usuń
    2. Ale ja Cię rozumiem w sumie, bo też ciągle zaczynam od nowa i od nowa... Tylko, że jakieś niewidzialne siły mi to utrudniają ostatnio, bo już dwukrotnie, jak zabierałem się za pisanie, rozwalił mi się komputer. I to tak porządnie, że dysk poszedł. Także, ja się teraz boję pisać xD

      Usuń
    3. Wolę to nazywać poprawkami, hah. Och, złośliwość rzeczy martwych...

      Usuń

W blogosferze jest naprawdę miło, gdy szanujemy się nawzajem i doceniamy czyjąś pracę. :)

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://kot-z-maslem.blogspot.com/